Wrzosowiska we krwi, czyli dlaczego Heathcliff nie jest bohaterem twojego romansu

Przez lata żyłam w przekonaniu, że nie lubię "Wichrowych Wzgórz". Jako nastolatka, karmiona wizją epickiego romansu Katarzyny i Heathcliffa, próbowałam poznać powieść Emily Brontë i za każdym razem odbijałam się od niej z poczuciem niezrozumienia. Dopiero po latach pojęłam, że ten zgrzyt był moją najtrafniejszą czytelniczą intuicją. Szukałam miłości, bo tak obiecało mi Hollywood, podczas gdy autorka napisała mroczną historię o destrukcji. Dziś, patrząc na kolejną romantyczną adaptację, widzę ten sam błąd: uparte szukanie piękna tam, gdzie Brontë umieściła przestrogę. 

To, co dzieje się wokół najnowszej produkcji w reżyserii Emerald Fennell, nie jest niczym nowym. Od dawna dzieła, które w założeniu miały być bezkompromisową analizą ludzkich ułomności, są poddawane procesowi estetyzacji. Ich najostrzejsze krawędzie są szlifowane, aż do uzyskania gładkiej, zjadliwej formy romansu (coraz częściej nie omija się również seksualizacji tych historii, bo to najlepiej się sprzedaje). A przecież powieść Emily Brontë w dniu premiery uznano za zbyt brutalną i mroczną - była skandalem i widmem literackiej porażki. Widocznie taki już los tej historii: prowokuje, choć dziś robi to przez pryzmat niefortunnych interpretacji. 




Moja przygoda z tą książką zaczęła się od klasycznego nastoletniego kompleksu. W czasach, gdy literaturą młodzieżową rządził "Zmierzch", każda szanująca się fanka Edwarda Cullena czuła, że "Wichrowe Wzgórza" to lektura obowiązkowa. Bella Swan zaczytywała się w nich z namaszczeniem, sugerując, że to właśnie tam ukryty jest klucz do zrozumienia miłości totalnej, takiej "aż po grób".

Wzięłam więc tę książkę do ręki i... kompletnie jej wtedy nie zrozumiałam. Byłam po prostu za młoda na tak gęstą, duszną narrację. Dziś jednak widzę, że to moje zagubienie wynikało z czegoś jeszcze - z ogromnego rozdźwięku między tym, co obiecywała mi popkultura, a tym, co znalazłam na kartach powieści. Szukałam romansu, bo tak mi go sprzedano, a "Wichrowe Wzgórza" romansem po prostu nie są. Określenie ich tym mianem jest krzywdzące dla autorki. Brontë napisała coś znacznie głębszego i mroczniejszego: opowieść o toksycznej obsesji, niszczycielskiej sile zemsty i nienawiści. To historia o tym, jak brak miłości i odrzucenie rodzą potwory, a nie o tym, jak pięknie jest kochać. 



Ekranizacja czy inspiracja?

Plakaty filmu "Wichrowe Wzgórza" w reżyserii Emerald Fennell przywodzą na myśl okładki romansów w starym stylu, a nawet harlequiny. Widzę też bardzo duże podobieństwo w pierwszym plakacie do filmu "Przeminęło z wiatrem"


Najnowszy film Fennell to w zasadzie nie ekranizacja, a specyficzne fanfiction. Reżyserka sprowadziła gęstą tkankę dramatu psychologicznego (dotykającego rasizmu i klasizmu) do poziomu historii miłosnej. Sama zresztą podkreślała w wywiadach, że wierne odwzorowanie książki od samego początku nie było jej celem, gdyż chciała odzwierciedlić swoje "wspomnienia związane z powieścią".

Niemal wszyscy krytycy są zgodni: ten film to "wizualne arcydzieło". Kadry są przepiękne i malarskie. Pięknie wykorzystany jest kolor czerwony. Choć z drugiej strony pojawiają się zarzuty o potraktowanie kinowego ekranu jak... tablicy na Instagramie. Wszystko musi być aesthetic, fotogeniczne i ładne. Problem w tym, że "Wichrowe Wzgórza" nie powinny być piękne. Powinny pachnieć deszczem, wiatrem i rozpaczą. Najnowszy film tak mocno odchodzi od oryginału, że w zasadzie powinien mieć inny tytuł. Przecież istniały już takie przypadki, jak choćby "Słodkie zmartwienia", które czerpały z "Emmy" Jane Austen, nie próbując udawać wiernej adaptacji. 

Największym kłamstwem kinowych wersji jest sugestia, że historia kończy się wraz ze śmiercią Katarzyny. W masowej wyobraźni to finałowy punkt tragedii. Tymczasem w książce po tym wydarzeniu dzieje się mnóstwo fascynujących rzeczy, których widzowie nigdy nie poznają. To tam obserwujemy, jak obsesja ojców niszczy życie dzieci; jak nienawiść jest dziedziczna i trawi kolejne pokolenia. Kto nigdy nie przeczytał książki, ten nigdy nie zrozumie pełnej skali sadyzmu Heathcliffa i nie dowie się, jak ta historia naprawdę się domyka. Zamiast rozprawy o pokoleniowej traumie i nad zgubnością zemsty, kino serwuje nam urwaną w połowie opowieść o nieszczęśliwych kochankach.



Dlaczego pragniemy "pięknej tragedii"?




Podobny mechanizm, choć działający na innym poziomie emocjonalnym, stosowany jest często wobec dramatu Williama Szekspira. O ile w przypadku "Wichrowych Wzgórz" trudnością jest polubienie bohaterów, o tyle w "Romeo i Julii" trudno jest zachować chłodny osąd wobec ich losu. Jako odbiorcy wiemy, że czytamy tragedię, a jednak podświadomie chcemy, by ta bezsensowna śmierć była piękna. Pragniemy, by finałowy uścisk w grobowcu był najwyższym dowodem na potęgę uczucia, które rzuca wyzwanie światu. Dopiero zrzucenie romantycznego filtra pozwala dostrzec tragizm płynący nie z miłości, ale z marnotrawstwa życia. To historia dziewczynki i chłopca, którzy znali się cztery dni. To nie jest miłość życia, a romantyzowanie ich samobójstwa jako aktu najwyższego oddania jest niebezpiecznym uproszczeniem. 

Dlaczego chcemy widzieć w tym ideał poświęcenia? Bo śmierć w imię uczucia zdejmuje z nas ciężar prozy życia. Chcemy, by cierpienie było estetyczne, bo wtedy łatwiej nam je skonsumować. Miłość to bezpieczna kategoria, pozwalająca oswoić mrok, którego boimy się dotknąć bezpośrednio. Łatwiej jest zapłakać nad ofiarą nieszczęśliwej miłości, niż zmierzyć się z faktem, że człowiek może być napędzany przez czystą nienawiść lub destrukcyjną obsesję. Podobnie zrobiliśmy z Drakulą - pierwotnie odrażającym pasożytem, którego popkultura przebrała w smoking tragicznego kochanka. Nie potrafimy już znieść potwora w czystej postaci; musimy dopisać mu historię miłosną, żeby stał się dla nas "strawny".

Prawda o "Wichrowych Wzgórzach" jest taka, że im bardziej twórcy próbują nas przekonać do piękna tej historii, tym dalej odchodzą od tego, co w niej naprawdę wielkie. Brontë nie chciała nas pocieszyć. Chciała pokazać, co dzieje się z człowiekiem, gdy pasja wygrywa z rozumem, a nienawiść staje się jedynym paliwem do życia.

Jeśli planujecie seans nowej adaptacji, zróbcie to. Niewiele ma wspólnego z powieścią, ale być może to film dla Was. Jednak po powrocie otwórzcie książkę. Może tym razem, bez różowych okularów narzuconych przez popkulturę, dostrzeżecie w niej to, co ja zobaczyłam po latach: genialną, mroczną przestrogę, której nie da się przykryć żadnym walentynkowym plakatem. Nadal nie jestem największą fanką powieści Emily, ale uważam, że warto ją znać. Klasyka nie jest od tego, żeby nas głaskać po głowie, ale po to, żeby coś w nas obudzić. Nawet jeśli ten budzik dzwoni z głębi wrzosowisk przesiąkniętych krwią. 




-ˋˏ✄┈┈┈┈

zdjęcia z filmu wykorzystane w poście są ze strony cineman; plakaty ze strony imp awards



Dodaj komentarz